Podsumowanie: Początek 2015 roku (II)
Przyczyn naszych niepowodzeń jest prawie tyle samo, ile nieskutecznych prób. Najogólniej mówiąc, często porażka bywa powodowana przez niedostateczne przygotowanie się, przytłoczenie niespodziewanymi komplikacjami, za słaba determinacja i słomiany zapał prowadzący od początku do niczego.

Czasem jednak wydaje się, że o wszystko zadbaliśmy, a sukces jest nam pisany i ciężką pracą po prostu na niego zasłużyliśmy. Wtedy z zaskoczenia do gry wkracza fatum, coś, co nagle niweczy dobrze wykonaną robotę i odbiera jej całą wartość. Mowa oczywiście o pechu, czyli drugim imieniu piłkarskiej Wisły w ostatnim czasie. Ten nie opuścił jej także w grupie mistrzowskiej sezonu 2014/15. Nastroje po rundzie wiosennej w ekipie prowadzonej wówczas przez trenera Kazimierza Moskala były mieszane. Z jednej strony „Biała Gwiazda” zakończyła rundę zasadniczą porażką, a wcześniej zaliczyła kilka bolesnych remisów. Z drugiej jednak zarówno kibice jak i sami piłkarze mieli prawo patrzeć na wykonaną przez nich robotę z podniesionymi głowami. Cel w postaci wywalczenia prawa do gry w grupie mistrzowskiej na koniec sezonu został osiągnięty. Ponadto styl gry Wisły był przez wielu chwalony i znów mówiono o tzw. „krakowskiej piłce” na Reymonta. A do tego wygrane Derby Krakowa pozwalały spać spokojniej. Wisła po 30. kolejkach zajmowała piąte miejsce i po podziale punktów od podium dzieliły ją zaledwie 3 oczka. Co więcej, nowa formuła rozgrywek dawała nadal matematyczne szanse nawet na mistrzostwo, gdyż do liderującej Legii brakowało tylko odrobienia 6 punktów w 7 kolejkach. Było więc o co walczyć.
Wiślacy maj rozpoczęli od sparingu. Z okazji 105-lecia zaprzyjaźnionego klubu Polonia Przemyśl na stadionie przy ul. Sanockiej został rozegrany pokazowy mecz, który krakowianie zwyciężyli 5:0. Bramki zdobywali wówczas: Witek, Boguski, dwukrotnie Stępiński i testowany Bangura, z którym ostatecznie nie zdecydowano się podpisać umowy. Spotkanie to stanowiło świetną okazję do odwiedzenia przez kibiców krakowskiego klubu swoich przemyskich braci.
Pierwszym poważnym pojedynkiem miał być jednak Górnik Zabrze, który 9 maja przyjechał na R22... i dobrze tej wycieczki wspominać nie będzie. Wiślacy mimo nieudanego początku, wysoko rozprawili się z przyjezdnymi, aż czterokrotnie pakując im piłkę do siatki. Mecz zakończył się rezultatem 4:1, a bramki dla gospodarzy strzelili: Boguski, Garguła, Burliga oraz Brożek. To pobudziło apetyty fanów Białej Gwiazdy, gdyż przedsezonowe marzenia i mrzonki o tytule nabierały całkiem realnych kształtów. Warunkiem koniecznym było regularne punktowanie do końca ligi i zwycięstwo w bezpośrednich starciach z Lechem i Legią oraz odrobina szczęścia i pogubienie punktów przez rywali po drodze.
Kolejnym sprawdzianem dla podopiecznych Moskala był wyjazd do Gdańska i zmierzenie się z tamtejszą Lechią. Spotkanie było bardzo zacięte. Pierwszy na listę strzelców wpisał się tuż przed przerwą skrzydłowy „Biało-Zielonych”, Maciej Makuszewski. W drugiej połowie do ataku ruszyli goście, co poskutkowało wyrównującą bramką Rafała Boguskiego. Niedługo potem byliśmy świadkami boiskowych popisów, piłkarskiego majstersztyku w wykonaniu zawodników Białej Gwiazdy, który przez następne dni był obiektem zachwytu miłośników futbolu z całego świata. Bajeczną akcję rozgrywaną na jeden kontakt w fantastyczny sposób zakończył Jean Barrientos, pokonując bramkarza Lechii strzałem piętą. Oskrzydleni Wiślacy jednak nie cieszyli się za długo z prowadzenia. Moment dekoncentracji bezwzględnie wykorzystał Friesenbichler i ten mecz przyjaźni zakończył się remisem 2:2.
To nałożyło na piłkarzy motywującą presję. W 33. kolejce do grodu Kraka przyjeżdżała Pogoń Szczecin. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze za sprawą gola Semira Stilicia. Po przerwie Portowcy zdołali wyrównać i aż do samej końcówki spotkania utrzymywał się bramkowy remis. Wtedy na murawie pojawił się Mariusz Stępiński, który już kilka minut po zameldowaniu się na boisku dał kibicom chwilę radości, pokonując bramkarza rywali. Kiedy wszyscy dopisywali już Wiślakom trzy punkty, ponownie dały o sobie znać brak koncentracji, naiwność i pech. Tuż przed ostatnim gwizdkiem arbitra bramkę na wagę remisu dla szczecinian zdobył Murawski i Wisła po raz kolejny wypuściła z ręki pewne już zwycięstwo.
Apogeum frajerstwa okazał się jednak wyjazd do Białegostoku i rywalizacja z Jagiellonią. Wisła od początku kontrolowała przebieg meczu. Pod koniec pierwszej części gry wynik otworzył Maciej Jankowski. Po zmianie stron krakowianie mieli kilka okazji do podwyższenia wyniku, ale nie potrafili z nich skorzystać. I wreszcie stało się to, o czym zwykł przypominać nam pan Darek Szpakowski, a więc że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Po kolejnej zaprzepaszczonej dogodnej akcji Wisły do strzelenia gola na bramkę Miśkiewicza z kontrą popędzili zawodnicy Jagi. I tak w 87. minucie za sprawą gola Tuszyńskiego na tablicy widniał wynik 1:1. Jednak podopieczni Michała Probierza poczuli krew i postanowili na tym nie poprzestać. Ruszyli szturmem pod pole karne gości i w końcu w 89. minucie dopięli swego. Pawłowski zdobył gola na 2:1, czym zupełnie ośmieszył i skompromitował graczy Wisły. Ta porażka pogrzebała szansę nie tylko na wyśnione mistrzostwo, ale i europejskie puchary.

Przygnębieni i rozbici Wiślacy mieli tydzień, by pozbierać się i dobrą grą przeciwko Legii wynagrodzić choć trochę kibicom ostatnie upokorzenia. Trzeba przyznać, że na Łazienkowskiej zespół Kazimierza Moskala zaprezentował się bardzo dobrze, ale... ponownie nie przyniosło to pożądanego rezultatu. Odważnie rozgrywali swoje akcje, a do objęcia prowadzenia zabrakło naprawdę niewiele. Doskonałą okazję miał Stilić, kiedy stanął przed bramką opuszczoną przez Kuciaka, lecz zabrakło odrobiny szczęścia, bo jego strzał na słupek sparował Lewczuk. Później do bramki Buchalika trafił Rzeźniczak i mimo niezłego stylu Wiślacy ponownie wracali do domu z pustymi rękami.
Nad wykrwawiającą się drużyną Wisły nie ulitował się także bratni klub z Wrocławia, Śląsk. Na Reymonta było 0:1, a jedyną bramkę tego spotkania zdobył Robert Pich. W ostatnim ligowym meczu sezonu 2014/15 piłkarze Białej Gwiazdy podejmowali na wyjeździe Lech Poznań. To spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, co pozwoliło poznaniakom sięgnąć po tytuł mistrza Polski.
Ostatecznie Wisła zakończyła rozgrywki na 6. miejscu i choć ta lokata nie przynosi wstydu, to okoliczności, w jakich została zdobyta pozostawiły spory niesmak u wszystkich związanych z R22. Niepojętym pozostaje fakt, że zespół grający najefektowniejszy i najprzyjemniejszy dla oka futbol w Polsce w tak głupi sposób sam pozbył się szansy na jakikolwiek sukces. Czasem jednak bywa tak, że dajemy z siebie wszystko i bardzo chcemy coś osiągnąć, a wtedy przychodzi on i wszystko niszczy. Pląta nogi, rzuca kłody, a potem bezlitośnie kopie leżącego. On, czyli Pech- prześladowca Wisły Kraków.
Mikołaj Baran
Zdjęcia przedstawione w artykule są odrębnym podsumowaniem roku, nie zawsze odnoszą się do opisywanego okresu. W każdym kolejnym odcinku będa pojawiały sie inne.