Wielki powrót i pech w końcówce - Legia 3:3 Wisła
Hit kolejki nie zawiódł! Derby Polski pomiędzy Legią a Wisłą dostarczyły tyle emocji i zwrotów akcji, że zadowoleni powinni być nawet najbardziej wymagający kibice. Po fatalnej dyspozycji w pierwszej odsłonie trener Stolarczyk tchnął nowego ducha w swoich piłkarzy podczas przerwy, którzy kompletnie odmienieni rzucili się na gospodarzy po zmianie stron i nie tylko odrobili straty, ale nawet wyszli na prowadzenie. Niestety, nie udało się dowieźć go do końcowego gwizdka, po którym ostatecznie na tablicy wyników widniało 3:3.

Otwarcie spotkania chyba nie mogło być gorsze dla Wiślaków. Zmotywowani gospodarze od razu ruszyli do ataku i zdominowali przyjezdnych. Pierwsza akcja Legionistów to rajd prawym skrzydłem Kucharczyka zakończony bardzo dobrym dośrodkowaniem. W polu karnym straszne błędy w kryciu i ustawieniu popełnili obrońcy Wisły, którzy dopuscili Dominika Nagy'a do oddania strzału głową. Był on na tyle słaby, że sam z siebie nie powinien stanowić większego zagrożenia, jednak piłka niefortunnie odbiła się od próbującego dogonić Węgra Zorana Arsenicia, po czym od słupka wturlała się do bramki... Tym sposobem już w 2. minucie spotkania Mateusz Lis skapitulował.
Mimo doskonałego początku, warszawianie nie zamierzali spuścić z tonu. Nie objawiało się to w posiadaniu piłki, ale w tworzeniu kolejnych znakomitych sytuacji strzeleckich. Chyba najlepsze zawody w nowych barwach rozegrał Carlitos, który od początku był bardzo aktywny. Najpierw dostał piłkę od Cafu i szybkim dryblingiem odskoczył od rywala, po czym uderzył technicznie po krótkim rogu. Piłka po jego strzale minęła bramkę zaledwie o centymetry. Chwilę potem Hiszpan próbował po raz kolejny, tym razem doskonale obsłużony przez Nagy'a. Ponownie do szczęścia zabrakło niewiele, gdyż strzał wylądował na poprzeczce.
23. minuta to kolejny dowód na świetną dyspozycję Legii w pierwszej odsłonie. Składna akcja pozycyjna, kapitalna wizja Nagy'a, który na milimetry podał do nabiegającego w kierunku bramki Carlitosa, a ten tylko dostawił nogę i zmieścił futbolówkę między nogami interweniującego Lisa. 2:0 i sytuacja wyglądała na dramatyczną, zwłaszcza, że nic nie zapowiadało poprawy. Do końca pierwszej połowy wciąż to podopieczni Sa Pinto kontrolowali przebieg meczu, nie pozwalając Wiśle dojść do głosu.
Nie wiemy, co wydarzyło się w przerwie w szatni Wiślaków, ale na drugą połowę piłkarze Białej Gwiazdy wyszli tak napakowani energią i żądni krwi, że wszyscy kibice aż przecierali oczy ze zdumienia. Znów widać było w nich sportową złość i wiarę w klasyczne już słowa trenera Stolarczyka, że nawet jak strzelą nam dwie bramki, to my jesteśmy w stanie wpakować im pięć.
Pierwsze sekundy po zmianie stron mogły jednak całkowicie pogrzebać wszelką nadzieję krakowian. Tragiczne zagranie Korta wprost pod nogi Carlitosa nieomal skończyło się golem na 3:0, lecz Hiszpan poślizgnął się w kluczowym momencie. Później obraz gry odmienił się jak za dotknięciem różdżki. Najpierw po dobrej klepce z Boguskim do sytuacji doszedł Imaz, lecz uderzył trochę za wysoko z ostrego kąta. Następnie, z dystansu uderzał Basha, także niecelnie. Wreszcie jednak gra Wisły zaczęła się kleić. Chociaż chyba nikt nie spodziewał się takiego trzęsienia ziemi, jakie miało za chwilę nastąpić!
Wiślacy całą sprawę załatwili dosłownie w pięć minut. Zaczęło się od przytomnego rozegrania Boguskiego do wybiegającego na pozycję Jesusa Imaza w 57. minucie. Hiszpan posłał płaski strzał w kierunku bliskiego słupka, czym nie dał szans na skuteczną interwencję Malarzowi. Gol kontaktowy, 2:1!
To trafienie tak nakręciło Białą Gwiazdę, że warszawianie ledwo rozpoczęli od środka, a Malarz ponownie musiał wyciągać piłkę z siatki! Rozegranie Korta do lewego skrzydła, na którym na piłkę czekał już Martin Kostal. Młody Słowak wykonał fantastyczny balans ciała, czym zupełnie zwiódł kryjącego go rywala, by później zawinąć "rogala" na długi słupek niczym Adamiakowa z pewnej reklamy przed Euro2012...! Gol jak najbardziej godny określenia: "STADIONY ŚWIATA". Tym sposobem w 58. minucie w Warszawie był już remis 2:2! Ale to jeszcze nie wszystko...
Zaledwie 4 minuty później byliśmy świadkami kolejnej świetnej akcji Wisły. Seria zagrań bez przyjęcia Ondraska i Kostala wyprowadziła na doskonałą pozycję strzelecką Jesusa Imaza, a ten jakby nigdy nic precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w siatce, dając Wiśle prowadzenie! 62. minuta i na tablicy świetlnej już 2:3!
Krakowianie nie mieli zamiaru spuścić z tonu. Wyczuli oni swój moment, podłapali Legię, a później ustawili boiskowe poczynania pod siebie, kreując sobie kolejne dobre sytuacje. Dwukrotnie skopiować swoją bramkową akcję próbował Martin Kostal, lecz tym razem zabrakło mu już nieco precyzji. Na otwarcie ostatniego kwadransu meczu przed wyborną szansą po kiksie Carlitosa w obronie stanął Zdenek Ondrasek, ale trafił tylko w boczną siatkę. Wysoki i agresywny pressing całkowicie spętał nogi gospodarzom, którzy nie potrafili przeprowadzić żadnej trzymającej się kupy akcji. Jedyne zagrożenie, jakie byli w stanie stworzyć, to stałe fragmenty gry. Po jednym z rzutów rożnych do strzału doszedł Kulenović, ale nie trafił w bramkę.
Kiedy spotkanie wkraczało w ostatnią fazę i wydawało się, że Wiślacy w wielkim stylu będą triumfowali przy Łazienkowskiej, sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Carlitos... W 90. minucie napastnik Legii wykonał kapitalny drybling, sadzając Macieja Sadloka na cztery litery w polu karnym Wisły, po czym oddał jeszcze lepszy strzał, mieszcząc piłkę w siatce niemal przy spojeniu słupka z poprzeczką. Bez najmniejszych szans pozostawał Mateusz Lis. Wielka szansa na zwycięstwo wymykała się Stolarczykowi i spółce z rąk... Koniec emocji? Nic z tych rzeczy!
Nie minęła minuta, a znów na prowadzenie powinna wyjść krakowska Wisła. Oko w oko z Malarzem stanął Zdenek Ondrasek, niestety, Czech nie był w stanie wykorzystać dogodnej okazji. Do ostatniej sekundy obie ekipy nie odpuszczały, walcząc o końcowy sukces. Nikomu jednak nie udało się już poważniej zagrozić rywalom. Tym sposobem Wiślacy musieli pogodzić się z tym, że ostatecznie muszą dzielić się punktami z Legią, którą mieli już na widelcu. To zabawne, że jedno oczko, które po pierwszej połowie przyjęlibyśmy z pocałowaniem ręki, na koniec smakuje tak gorzko. Taka jest jednak piłka. A to wszystko dzięki trenerowi Stolarczykowi, który po raz któryś już był w stanie odmienić grę swojego zespołu, a także oczywiście dzięki zawodnikom, którzy znów pokazali swoje silne charaktery, determinację i wiarę w to, co robią. Brawo Panowie, dzięki za walkę!