Fura szczęścia we Wrocławiu - Śląsk 0:1 Wisła
Na samym początku bieżącego sezonu narzekaliśmy na brak szczęścia - bo i w meczu z Arką u siebie, i w starciu z Jagiellonią w Białymstoku wydawało się, że zasłużyliśmy swoją grą na zdecydowanie więcej, niż udało się osiągnąć. Wyjazd do Wrocławia zdał się odwrócić tę kartę i oddać Wiślakom zabrane przez pecha punkty. Śląsk dominował, kreował multum sytuacji, obijał obramowanie bramki niejednokrotnie, ale to Biała Gwiazda po golu Ondraska w końcowych minutach meczu okazała się tego dnia zwycięska.

Początek spotkania wcale jednak nie zapowiadał tak jednostronnego i zarazem dramatycznego przebiegu. Jako pierwsi do głosu doszli goście za sprawą Rafała Boguskiego. Kapitan Wisły prowadził piłkę w środkowej części boiska i gdy zbliżył się dostatecznie do pola karnego, postanowił przetestować czujność Jakuba Słowika. Jego strzał zmierzał jednak w sam środek bramki i polski golkiper nie miał większych problemów z jego wyłapaniem. Mimo to, Wiślacy zdołali zamknąć rywali na ich własnej połowie i dobrze wykorzystywali luki między formacjami w ekipie Tadeusza Pawłowskiego. Z czasem ciężar gry coraz bardziej przenosił się jednak na połowę krakowian. Coraz groźniejsze akcje przeprowadzali Arkadiusz Piech czy Mateusz Cholewiak do spółki z Farshadem na lewej flance. W 21. minucie po raz pierwszy poważnie zagotowało się pod bramką Wisły. Ostre dośrodkowanie z lewej strony w wykonaniu Piecha przeciął Maciej Sadlok - zrobił to jednak na tyle niekontrolowanie, że piłka wylądowała na spojeniu słupka z poprzeczką! Na szczęście skończyło się tylko na strachu i rzucie rożnym dla Wojskowych. Chwilę później kolejne zagrożenie i znów Sadlok w roli głównej - tym razem jednak doskonale interweniował, zatrzymując szarżującego Marcina Robaka. Końcówka pierwszej odsłony przyniosła kolejne sytuacje Śląska. Najpierw na indywidualną akcję zdecydował się Piech, który wykonał szybki zwód i momentalnie uderzył w kierunku dalszego słupka, ale pomylił się o centymetry. Na koniec na potężne uderzenie z dalszej odległości zdecydował się Cholewiak - nie bez trudu, ale skutecznie poradził z nim sobie jednak Mateusz Lis, który miał w tym meczu ręce pełne roboty.
Druga połowa zaczęła się podobnie, jak skończyła się pierwsza - od naporu gospodarzy. Najpierw zamieszanie po rzucie rożnym, w którym najszybciej odnalazł się Robak i natychmiast uderzył z woleja. Wszyscy kibice na stadionie widzieli już piłkę w bramce, ale okazało się, że polski snajper trafił tylko w boczną siatkę. W 51. minucie wydawało się, że już lepszej sytuacji nie można sobie nawet wymarzyć. Sam na sam z Lisem wyszedł Piech, ale młody bramkarz skrócił kąt i wybił piłkę spod nóg doświadczonemu napastnikowi przeciwników. Ta trafiła jednak do Roberta Picha, któremu pozostało umieścić piłkę w niestrzeżonej przez golkipera bramce. Słowak uderzył płasko, ale kapitalnie ofiarnie interweniowali do spółki Wasilewski i Sadlok, którzy powstrzymali nieuchronnie zmierzającą do siatki piłkę i jakimś cudem wybili ją na rzut rożny. Kilka minut później przed kolejną szansą stanął Piech. Bardzo dobre dośrodkowanie, z którym minął się wychodzący z bramki Lis, trafiło wprost na jego głowę, ale chybił minimalnie.
W 65. minucie pierwsza konkretna akcja Wisły w drugiej połowie, ale szybkiego ataku na gola nie potrafił przekuć Tibor Halilović, którego usprawiedliwia próba strzału z teoretycznie słabszej nogi. Po kilku chwilach zakotłowało się wreszcie po drugiej stronie. Wrzutka z rzutu rożnego trafiła w niebezpieczną strefę, gdzie o dojście do piłki walczyło dwóch stoperów Śląska i Jakub Bartkowski, ale ostatecznie to zawodnik gospodarzy okazał się sprytniejszy i wyekspediował futbolówkę daleko.
Końcówka spotkania przysporzyła sporo emocji zarówno pod jedną, jak i pod drugą bramką. Najpierw świetnym kontratakiem popisali się piłkarze Śląska, lecz Piech nie był w stanie wykorzystać sytuacji oko w oko z Lisem, który odważnie opuścił linię, zaliczając tym samym następną skuteczną interwencję. Chwilę później to Wiślacy byli bliscy otwarcia wyniku. Dośrodkowanie Bartkowskiego trafiło do Ondraska, ale szczęśliwie interweniował Dankowski. I od razu ruszamy w drugą stronę - idealne dośrodkowanie Farshada z dalszej odległości spadło centralnie na głowę Radeckiego. Jego uderzenie tylko obiło lewy słupek bramki.
Co nie udawało się wrocławianom, wreszcie postanowili wykonać podopieczni Macieja Stolarczyka. Rzut wolny na skraju szesnastki, który wykonał Rafał Pietrzak musiał zostać powtórzony, bo został rozegrany przed gwizdkiem sędziego. Tym razem do piłki podszedł Wojtkowski, który co prawda uderzył w mur, ale piłka odbiła się od niego na tyle szczęśliwie, że trafiła pod nogi niefortunnie interweniującego stopera Śląska, po czym przed Zdenkiem Ondraskiem otworzyła się praktycznie dwustuprocentowa szansa, których Kobra nie zwykł marnować. Jak to mawiają Anglicy, klasyczny "tap-in" w wykonaniu Czecha i to Biała Gwiazda po 89 minutach męczarni wychodzi na prowadzenie!
Kto jednak myślał, że to już koniec emocji tego wieczoru, był w sporym błędzie. Na początku doliczonego czasu gry kapitalnie uderzył jeszcze Farshad, który dopadł do piłki dośrodkowanej z prawego skrzydła i huknął z prostego podbicia "jak idzie". Na nieszczęście gospodarzy, bramka Wisły wydawała się być tego dnia zaczarowana - tym razem Irańczyk obił tylko poprzeczkę. Przed szansą stanął jeszcze Cholewiak, ale nie potrafił czysto trafić piłki. Końcowy gwizdek sędziego Zbigniewa Dobrynina wprawił gospodarzy w rozpacz, a my aż w Krakowie mogliśmy usłyszeć huk spadającego z serc piłkarzy i sztabu Białej Gwiazdy kamienia... Prawdziwy zespół w formie poznaje się jednak także po tym, że potrafi zapunktować za trzy nie tylko wtedy, kiedy wszystko układa się po jego myśli, ale i gdy idzie jak po grudzie. Twierdza Wrocław zdobyta - jedziemy dalej!