Z Legnicy na tarczy: Miedź 2-0 Wisła
Fatalny początek spotkania, a w konsekwencji szybka utrata dwóch bramek spowodowana "wielbłądami" w obronie, a potem bicie głową w mur i nieudolne próby przedarcia się przez podwójne zasieki postawione przez gospodarzy w ciągu kolejnych pięciu kwadransów - tak w skrócie wyglądała wyprawa Wisły Kraków do Legnicy i jej starcie z lokalną Miedzią. Beniaminek, po 3 miesiącach oczekiwania, wreszcie się przełamał, zwyciężając z Białą Gwiazdą 2:0.

Pierwsze minuty starcia w Legnicy nie mogły ułożyć się gorzej dla podopiecznych trenera Macieja Stolarczyka. Trzeba jednak przyznać, że stało się tak na ich własne życzenie. Przegrany pojedynek główkowy przez Pietrzaka, luka w obronie i niedostatecznie bliskie krycie we własnym polu karnym spowodowały, że dzięki ładnej płaskiej wrzutce Pawła Zielińskiego już w 2. minucie z najbliższej odległości wynik otworzył Henrik Ojamaa.
Niestety, na tym się nie skończyło. Długie podanie do Estończyka, który ruszył dynamicznie w kierunku bramki Wiślaków i nie dał się dogonić Arseniciowi, którego później w dziecinny sposób nawinął najprostszym zwodem i momentalnie zdecydował się na uderzenie. Ojamaa nie zastanawiał się zbyt długo nad precyzją - chciał uderzyć po prostu mocno w bramkę, by dać szansę defensywie Wisły na pomyłkę. Kiedy już pewnie interweniować miał Mateusz Lis, tuż sprzed nosa futbolówkę zgarnął mu ofiarnym wślizgiem... Maciej Sadlok, który w ten sposób wbił ją do własnej siatki. Tym sposobem w 12. minucie piłkarze Białej Gwiazdy mieli już dwubramkową stratę.
Po tym trafieniu Miedzianka nie zastanawiała się długo - gospodarze natychmiast ustawili cały zespół za linią piłki, już tak wcześnie chcąc rozpaczliwie bronić wyniku. Takie zachowanie podopiecznych trenera Nowaka podyktowało dalsze warunki gry - to Wiślacy nieustannie byli przy piłce, wymieniając niezliczone podania na własnej połowie. Schody zaczynały się wraz z przekroczeniem linii środkowej, a im bliżej bramki Miedzi, tym trudniej. Niestety, krakowianie nie potrafili znaleźć recepty na skruszenie bloku defensywnego rywali. Próby krótkich przeszywających zagrań zawodziły. Uciekli się zatem do długich, górnych zagrań. Te jednak także były z łatwością przecinane przez skupionych w defensywie gospodarzy. Dośrodkowań przede wszystkim próbował Bartkowski, ale wychodziło mu to tragicznie. Brakłoby palców u nóg i rąk, żeby zliczyć próby wrzutek prawego obrońcy Wisły - praktycznie żadna z nich nie zakończyła się powodzeniem. Było to oddawanie piłki za darmo. Nielepiej w tym elemencie spisował się Pietrzak, lecz reprezentant Polski przynajmniej nie próbował tak często. Gra Wisły była zbyt statyczna, za mało dynamiczna i zaskakująca, co pozwalało Miedzi bez problemów odbudować formację defensywną i zapobiegać atakom gości.
Jedynym światełkiem w tunelu były akcje z Rafałem Boguskim w roli głównej. Kapitan Białej Gwiazdy rozgrywał naprawdę przyzwoite zawody. Wygrywał pojedynki jeden na jeden, znajdował kreatywne rozwiązania, a jego prostopadłe podania skutecznie przechodziły pomiędzy obrońcami Miedzianki. Jego celny strzał, czy też sytuacja wykreowana Ondraskowi były jedynymi groźniejszymi momentami Wisły w pierwszej odsłonie.
Po przerwie trener Stolarczyk zdecydował się na dwie zmiany, które nieco ożywiły grę jego podopiecznych. Na murawie pojawili sie Dawid Kort oraz Marko Kolar. W 69. minucie spotkania do siatki głową trafił właśnie Kort, lecz jego bramka po konsultacji z VAR-em nie została uznana z powodu minimalnego spalonego środkowego pomocnika. Chwilę potem dobre podanie Boguskiego pozwoliło Kolarowi pościgać się na prawym skrzydle i dorzucić piłkę do Ondraska, lecz w ostatnim momencie skutecznie interweniował Osyra, zdejmując piłkę z nogi Czecha. Czas mijał nieubłaganie, a Wiślacy wciąż nie mogli znaleźć recepty na rozmontowanie skonsolidowanej defensywy Miedzi. Na zegarach była już 87. minuta spotkania, kiedy udało im się przeprowadzić pierwszą naprawdę składną akcję w swoim stylu. Piękna wymiana podań na jeden-dwa kontakty wyprowadziła Zdenka Ondraska przed praktycznie pustą bramkę. "Kobra" oczywiście umieścił piłkę w siatce, ale sędzia Szczech interweniował po raz kolejny, tym razem odgwizdując spalonego Jesusa Imaza, który to dogrywał do rosłego napasnika. Jak się okazało później, była to ostatnia godna uwagi akcja tego meczu. Tym sposobem Wiślacy po raz kolejny wracają z delegacji bez punktów, a legniczanie wreszcie, po trzech miesiącach oczekiwania, triumfują w lidze.
Miedź Legnica 2:0 Wisła Kraków
1:0 - Henrik Ojamaa 2'
2:0 - Maciej Sadlok 12' (sam.)
Składy:
Miedź Legnica: Anton Kanibołocki - Grzegorz Bartczak, Kornel Osyra, Aleksandar Miljković - Paweł Zieliński, Borja Fernandez (89' Łukasz Garguła), Adrian Purzycki, Juan Camara - Henrik Ojamaa (79' Mateusz Szczepaniak), Petteri Forsell - Mateusz Piątkowski (85' Fabian Piasecki).
Wisła Kraków: Mateusz Lis - Rafał Pietrzak, Maciej Sadlok, Zoran Arsenić, Jakub Bartkowski - Patryk Plewka, Tibor Halilović (60' Dawid Kort) - Martin Kostal (67' Marko Kolar), Jesus Imaz, Rafał Boguski (81' Jakub Bartosz) - Zdenek Ondrasek.
Sędziował: Łukasz Szczech.